Płyń, dopóki nie umrzesz.

Wszędzie woda. Przejmujące zimno. Zapadam się w otchłanie tych fal, tych lodowatych manifestów księżyca.



Daję się ponieść żywiołowi, wściekłemu dzisiaj jak nigdy. Wierzgam nogami w poszukiwaniu dna, jednak wiem, że to na nic. Mam wrażenie, że to nie woda pokrywa moje ciało, a raczej zimny pot, świadomość zbliżającej się śmierci… Taka ciekła, taka nieuchwytna, a jednocześnie przejmująca. Chłód przebija mnie na wylot. Tracę czucie w nogach, palcach u rąk,  świat powoli zamienia się w jedną wielokolorową maź, mieni się tysiącem refleksów niczym w kalejdoskopie. A później ciemność zwycięża nad moim życiem. Woda pochłania mnie, a ja mogę jedynie wierzgnąć nogami…


I ten czepek cholernie uwiera.
Wynurzam się, oceniam sytuację, cholera, jeszcze całe pół basenu do końca… Czuję ulatującą ze mnie życiodajną energię, kończyny odmawiają posłuszeństwa, a oczy, pełne chlorowanej wody, przeraźliwie szczypią… Jestem zmęczony.
-Dobra rada, Filip. Płyń, dopóki nie umrzesz.

Proza

-Pamiętajcie, proza jest odwzorowująca, a liryka – pani Nikiel rozejrzała się po klasie – a liryka ……..
Ruch w lewo. W prawo. Obrót. Parę dekad w zawodzie obdarzyło ją pospolitym nauczycielskim wyrachowaniem – zwracała uwagę na tych niesłuchających prędzej niż tych drugich. Ale nie można było winić jej za to.

Odjazd!
Siedziałem w ostatniej ławce, miętosząc w palcach kulkę papieru z wymalowanym na niej owłosionym czymś. Przyglądałem się. Zastanawiałem. Zmarszczyłem brwi. To zabrzmiało jak obraza. Proza odwzorowująca? Ktoś tu insynuuje, że pisarze nie potrafią modyfikować świata przedstawionego? Budować wielokrotnie złożonych metafor, pięknych, skomplikowanych porównań? Że nie radzą sobie wreszcie z oddaniem emocji?
Wstałem, oklepałem jeansy z sąsiednich okruchów. Pochyliłem się. Rękawica podjęta.
Na drodze do domu spotkało mnie parę rzeczy nie na temat. Najpierw, tuż przed drzwiami, wszystko sczerwieniało. Po spojrzeniu w niebo zauważyłem, że liście latają lotem jaskółczych podlotów. Dostrzegłem żywotność słońca, które schowane przez drzewo wyglądało jak trzy ćwierci do zgaśnięcia. Wszystko zdawało się tako wyzywające. Chodnik mrugał do mnie tu i ówdzie, ochoczo podnosząc panele. Fruwajki wybornie, z gracją biegały po asfalcie nie zważając na zgiełk dokoła. Pomyślałem sobie, że to prozaiści mają większą moc. Mają więcej możliwości. Czy parę nędznych wersów jest w stanie dorównać stronicowym opisom?
I nagle wszystko było jak dawniej. Jedynie wiatr, jako jedyny świadek mojego wumysłowego wydarzenia, zataczał hołubce.  Uśmiechał się do mnie śmiechem poety.
-Wy, pisarze – tu splunął na ziemię garścią jesiennych liści, czerwono-żółtych, małych błyskotek – musicie wszystko podawać na tacy. Gdzie miejsce na domysł?
-O, tu! – powiedziałem, po czym rozpostarłem ramiona jak po złowieniu pstrąga tudzież dorsza – Domysł jest wszędzie, wystarczy się domyślić jego położenia. A u was to domysłu jest zbyt wiele! Wiersz już nie jest waszym tworem – wiersz jest tylko schematem dla indywidualnego rozumowania, z czego wynika, że tyle wierszy, ilu czytelników!
I wtedy wiatr zniknął zmieciony siłą moich argumentów.

Jestem wolny, siebiepewny i rad.

Straciłem duży kawał skromności, i mniej więcej galon skromności odkąd chodzę do gimnazjum.
 I nagle okazuje się, że to co miało być miejscem ostatecznej degeneracji, miejscem zepsucia, brudu i smrodu – mniej więcej to wynikało z opisów starszych kolegów i codziennych wiadomości o znęcaniu się nad nauczycielami – stało się kamieniem milowym w procesie mojego rozwoju. Jakież to piękne.
Jakie to piękne, że miałem na tyle szczęścia żeby trafić do szkoły, w której nie musiałem przejmować się bójkami, wyzwiskami, dyskryminacją. Trafiłem do miejsca, które było moim wyborem i jestem z siebie niezmiernie dumny że to właśnie tam trafiłem.

Do tego przydarzyło się, że poznałem pewną dziewczynę. To ona w ciągu paru tygodni znajomości dokonała rzeczy niewiarygodnej – dała mi człowieczeństwo.
Uważam, że jedynym błędem wychowawczym, jaki przytrafił się moim rodzicom było pozwalanie mi na siedzenie przed komputerem. Na zbyt długie siedzenie przed komputerem. W końcu komputer zastąpił mi większość życia. Jako osoba dosyć inteligentna nie okazywałem tego w świecie zewnętrznym, jednak tak naprawdę – dla mnie Internet był światem realnym. Światem, w którym było pełno odpowiedzi. Wystarczyło wyciągnąć łapkę.
Pod koniec podstawówki stałem się wrakiem człowieka w pięknym, szytym na miarę garniturze. Sam nie mogłem sobie dowierzyć – jak to możliwe, że tak umiejętnie ukrywam swoje uzależnienie przed całym światem? Co sprawia, że na zewnątrz tak świetnie udaję normalnego towarzyskiego człowieka, który jednak był ucieleśnieniem moich marzeń?
Później zdiagnozowano u mnie fobię społeczną, i nagle stało się lepiej. Nie było potrzeby urządzania terapii, a już tym bardziej brania prochów. Wreszcie mogłem wyznaczyć sobie cele. W dziwny sposób choroba stała się dla mnie oparciem w… chorobie. Zacząłem szanować ludzi. Mówię o prawdziwym szanowaniu, a nie przestrzeganiu zasad savoir vivre i uśmiechaniu się słodko do staruszek. Patrzyłem na listę objawów i po prostu z nimi walczyłem. Nagle wszystko stało się takie proste.
Wreszcie trafiłem do gimnazjum. Zostałem wrzucony w otchłań nowych, nieznanych mi wcześniej osób. Pierwsze 3 tygodnie były istnym koszmarem. Ale musiałem się zaaklimatyzować. A ja kiedy coś muszę, to po prostu to robię. No i zaaklimatyzowałem się. Pierwszy raz w życiu udało mi się zapamiętać imiona kolegów z klasy w czasie mniejszym niż jeden miesiąc. Pierwszy raz zacząłem rozpoczynać rozmowy. Wreszcie dostrzegłem, że są jednostki gorsze ode mnie – i to dało mi siłę.
Teraz nie wszystko jest inne. Ale większość, i owszem!
Przestałem grać na komputerze. Mimo, że cały czas toczy mnie uzależnienie, teraz komputer jest kartką papieru. Piszę, tworzę grafiki i animacje. Daje mi to radość. Z uzależnienia destruktywnego uczyniłem pasję. Uważam to za mój największy życiowy sukces.
Co do fobii społecznej, to jeszcze nie jest dobrze. Myślę, że jednak przyda się pomoc. Nie wiem, na razie jeszcze walczę. I będę walczył do ostatnich sił.
Bo teraz jestem wolny, siebiepewny i rad.

Epilog

No cześć. Mam na imię Filip i – tak mi się wydaje – byłem typowym nastolatkiem. To znaczy, miałem parę skrzywień wyróżniających mnie spośród tłumu 'nierozumiejących’ i fazy na bycie artystą (czego przejawem był ten blog). Ale po co zanudzać historią o mnie? Przecież zdążyłeś już mnie poznać. Poza tym, drogi czytelniku, wchodzisz tu od lat z miłości do dobrze wyważonej, gustownej prozy, głębokich niczym dziecięcy brodzik przemyśleń i felietonów oraz ostrych, nietuzinkowych słów rzucanych w kierunku ostrych, nietuzinkowych problemów. I właśnie to było ogniwem napędowym bloga.

Było też trochę muzyki, a co! W końcu byłem na100latkiem, jak to ładnie ujął onet. 
Parę zdań trafiło się też mojemu otoczeniu. Szkole, kolegom, przyjaciołom (tym prawdziwym), ale nie zabrakło również wylewnych pochlipywań na temat rozbitej rodziny. Krótko mówiąc, było trochę o mnie.