Kategoria: Proza
Osiemnastka
Za szybą
Najlepiej zorganizowany burdel Wieloświata.
Dzieciak bawił się z kotem, a ten podczas skoku strącił ze stołu szklankę i się zbiło.
A gdzieś we Wszechświecie zaburczało, fale energii leniwie oddaliły się od planet, wyruszając w wieczną podróż. I czas poleciał do przodu, zwalniając przy dużej masie, dając się ponieść sile grawitacji. I wzory zatrzeszczały przejmująco, a liczby pofrunęły, przyjmując wartości dążące do nieskończoności. I zaczęło się skracać, a fale przemierzały tunele czasoprzestrzenne. Gwiazdy piszczały w gwałtownej, bo trwającej tylko miliony lat, reakcji:
-Coś się kończy, coś się zaczyna.
Następnie wodór uznał, że to jednak nie to, i stał się helem. I dawały te gwiazdy początek czarnym dziurom, niosącym po świecie mroczny bas wciąganej, spagetyfikowanej materii. Podczerwień wrzeszczała już tyle, pragnąc, by człowiek ją dojrzał. Ultrafiolet tuż obok niej, z prędkością dążącą do prędkości światła obiegał świat, wzruszając ramionami. Potencjały zbliżały się niebezpiecznie, a natężenie rosło z każdą chwilą. Cały czas w przestrzeni powstawały nowe gwiazdy, prezentując wzory, równania i teorie. I było tych gwiazd dużo, ale nie każda była widoczna. Każda za to wnosiła tu coś nowego: jedna sprawiała, że świat zaczął iskrzyć od wszędobylskich fal, druga dojrzała eliptyczne orbity i ich związek z okresami obiegu, trzecia dywagowała o pędzie, a czwarta o jego momencie. Piąta obliczyła odległość A od B, a ostatnia określiła prędkość maksymalną świata. Zaczął się festiwal spostrzegawczości, gdzie każdy człowiek musiał siedzieć z nosem w zeszycie, opisując to, co dzieje się nad nim.
A kot wiedział, że, prędzej czy później, wszystkie one muszą zostać odkryte i zaistnieć na niebie jasnym światełkiem, przynoszącym ukojenie, ale też przedziwnie fascynującym. Dlatego też zbijał szklanki, tłukł bombki, drapał firanki i skakał z balkonu.
A entropia wzrastała coraz bardziej, dając upust żądzom ludzkim.
Choroba
Uwielbiam być chory czasami. Człowiek o temperaturze Egiptu w lipcu zaczyna myśleć w zupełnie inny sposób. Staje się na te parę chwil refleksyjny, zwraca uwagę na szczegóły, wyobraża sobie wszystko jakby lepiej. Powietrze pachnie i smakuje zupełnie inaczej, a promienie słońca przebijające się przez jesienne liście wypełniają ducha pięknym, nieokreślonym uczuciem spełnienia zmieszanego przedziwnie z dumą i zadumą. Miło jest zawsze wstać wcześnie i, mimo, że mózg odmawia posłuszeństwa, popatrzeć na ludzi pędzących za Już-Nikt-Nie-Wie-Czym. Patrzę na nich z czwartego piętra, a zamiast sylwetek ludzkich widzę w większości obumierające marzenia. Ale na szczęście zaraz czeka mnie świt, a złote słońce wymaże z pamięci straszność codzienności.
Nie ma nic lepszego niż spotkanie z miłością, kiedy jest się chorym. Widzi się wtedy ją z zupełnie innej perspektywy. Tak naprawdę to wcale się jej nie widzi – stanowi ona jedno wielkie kłębowisko pięknych wspomnień, planów, uczuć, marzeń, wszystkiego, co w człowieku najlepsze. Teraźniejszość schodzi na dalszy plan, a jej miejsce zastępuje rzeczywistość alternatywna. Tak pięknie miesza się rudy z szaroniebieskim. Tak zachwycająco pomarańczowych marzeń, jakie mi dane było zobaczyć, nie dostrzeżenie nigdy. Patrzę na nią i czuję zachwyt w najczystszej postaci… Jak to dobrze, że jest Ona.
Świetnie jest dla odmiany ubrać się ciepło, opatulić szalikiem, uzbroić w rękawiczki i wyjść na spacer. Umysł, niby przytłumiony, nabiera wtedy błyskotliwości, a marzenia i plany stają się pięknie realne, prawie wręcz namacalne. Wszystko idealnie się układa i współgra, jak w muzyce klasycznej. Każdy kamień, liść – ba – nawet kształty wydychanej pary wodnej zaczynają stanowić inspirację. Wyobraźnia wprawdzie pracuje na najwyższych obrotach, ale robi to bezwiednie, niby mimochodem. Uświadamiam sobie wtedy jak wielka jest siła ludzkiego umysłu. Kiedy dostrzegasz każdy szczegół otaczającego cię świata, kiedy zaczynasz go doceniać – wiesz, że to jest to. Kiedy czujesz w piersi rozszalałą młodość, wiesz, że masz jej jeszcze tak wiele – przychodzi spełnienie i wiara.
Szkoda, że takie uczucia mijają z szybkością wprost proporcjonalną do ilości przyjętej aspiryny.
Zamęt
Człowiek jest plastikowym baniakiem.
Baniak jest duży i pusty w środku. Zamiast głowy ma lejek. W miejscu czoła widnieje napis „GORYCZ”. Przemierzamy świat, puste baniaki, chybocząc się na wietrze, dając mu się porwać. A na świecie panuje burza, wieczna ulewa. Zgadnijcie, co spada nam z nieba?
Baniaki szukają schronienia, każde rozpływa się jednak po paru minutach. Wszystko jest kruche, każda przyjemność obłudą, wieczna wydaje się być tylko gorycz i te chmury, i ciemność panująca w naszym szarym świecie.
W końcu człowiek wypełnia się goryczą. Wtedy czuje, że jest za ciężki, przystaje, nie może się ruszyć. A kiedy w końcu zrozumie, że to nie ma sensu – zaczyna rzygać. Wyrzucać z siebie światłą gorycz każdym możliwym sposobem. Pochyla się, kręci fikołki, często napieprza lejkiem w ścianę, licząc na jego zbicie. Ale to nie następuje. Baniak stwarza pozory lekkości i delikatności, ale wcale taki nie jest.
Puste baniaki są zbyt puste, by zrozumieć, że gorycz daje im światłość umysłu, umożliwiają pojęcie rzeczy niepojętych. Baniaki pełne, gdy docierają do momentu, gdy są już pełne, zaczynają rzygać. Nie mogą znieść wiedzy. Wiedza często boli.
A my podróżujemy po świecie, głupie baniaki.
Czekaj, bo nie pamiętam…
Ile to rozkładał się plastik?
Bądź przeciętny lub zgiń.
Najbardziej chujowy jest ten moment, kiedy myślisz sobie: „Whoa, ogierze, przystopuj trochę”. Najgorzej jest, gdy orientujesz się, że jest po prostu za dobrze. Wtedy nadchodzi problem egzystencjalny, wartości, wpajane przez rodziców od dziecka, pakują manatki, a ty zjeżdżasz na pobocze i nie wiesz co gorsze – wracać do wyścigu błyszczącego bezsensem, czy stać w miejscu i czekać na zbawienie?
Najgorsze momenty przychodzą znienacka, atakują cicho i niepostrzeżenie. Jedno zdanie wystarczy, aby moment stał się najgorszym. Jedno słowo, jeden gest – ba, nawet brak tego gestu. Wszędzie czyhają ukryte strzały wymierzone prosto w serce, czy – jak wolisz – w mózg i tylko czekają na konar, o który się potkniesz. A ja pochwalę się, że nie natrafiłem na konar. Natrafiłem na włócznię, na którą się nadziałem. Auć.
Najgorsze są te chwile, w których uświadamiasz sobie, że cały trud włożony w pracę, że wszystkie twoje starania były jedynie motorem napędowym twojej własnej porażki, a każda kropla potu przelana za sprawę nieuchronnie zbliżała cię do końca. Kiedy rozumiesz już, że robiłeś to po prostu za dobrze, byłeś zbyt dobry w momencie, kiedy trzeba było pozorować przeciętność. Najbardziej boli taka właśnie porażka. Bo jeśli ktoś się nie stara, ogólnie leje na to ciepłym moczem, to musi liczyć się z przegraną, że trybiki nieustającej machiny życioprzestrzeni zmielą go na pył. Jeśli jednak wylewasz z siebie siódme poty, nastawiając się na jedyny możliwy finisz – na wygraną – a spotyka cię kara za poświęcenie – to tak jakby w twoim złotym pucharze nie było szampana, tylko gnojówka. A więc wkurwiasz się porządnie, ciskasz nim o ścianę – a on rozbija się na kawałeczki. Okazuje się, że to nie złoto, że to tylko pomalowana porcelana. I wtedy ściska gardło, nie wiadomo czy żal, czy smród gnojówki. A tobie pozostaje usiąść na podium, skryć twarz w dłoniach i zacząć łkać. Podbiega brutalna rzeczywistość ze szklaną butelką prawdy w ręce i strzela cię przez łeb, a marzenia niczym gwiazdki w kreskówkach krążą nad głową. A gdy już jesteś oszołomiony, wolnym krokiem, niespiesznie, przychodzi czas, zjada cię, mieli w kiszkach starości i wysrywa na koniec jako nic więcej niż tylko sterta gówna, zwana powszechnie emeryturą. Szczęście, ten wiecznie zakamuflowany skurwiel, gdzieś ucieka, otaczają cię za to pech, zdrada, wyzysk i samotność, każde z kominiarką naciągnięta na szkaradny łeb. Gdzieś za tobą słychać szum, to z pewnością wypadek, a nad tym całym szajsem krążą ludzie, dla których twoje cierpienie jest tylko widowiskiem.
I wreszcie wyłania się spośród ciemności światło. Przychodzi śmierć, odziana w zachwycającą, białą suknię, z licem tak cudownie wykrzywionym uśmiechem. Podchodzi, patrzy troskliwie, wyciąga rękę.
Kochana śmierć.
Tatko Polak
Wujek był w gruncie rzeczy dobrą osobą. Przed erą alkoholizmu był wielkim uczonym. Wykładał nauczanie zintegrowane w szkole podstawowej nr 15 w Bałałajkach. I lubił grać w karty, ale że zacięcia nie miał, często odchodził od nich z kwaśną twarzą prosto w zaświaty literatury. Z miną kota na pustyni siadał na sofie i poczytywał Platona. Nie widywano go nigdy z inną książką. Musiał to być jego faworyt. Zwykłem wraz z bracią mą wycinać żarty związane z jego filcowymi skarpetami, w których wyglądał co najmniej zabawnie. Ale on, nic sobie z tego nie robiąc, rozprawiał tylko o czasach PRLu, w których to skarpety robiło się z tektury, a wszystko kosztowało majątek i nikogo nie było na nic stać. Jedynie ironia była tania, toteż wujek ją kupił. A teraz nawet ona spływała strumieniami, za źródło określając sobie licznie porozrzucane w lesie butelki, będące pamiątką wujkowych wojaży. Po przecenie, przynajmniej według tego, co wujcio mawiał, chodziła również buta (wprawdzie tylko w okresie przedświątecznym kiedy wszyscy się bali że może zgnić jeśli się jej szybko nie upłynni), toteż i ona została nabyta. No i teraz poczciwy niegdyś Henio mocno zdziczał, przybrał na twarzy wyraz co najmniej goryla i nie sposób z nim porozmawiać o niczym poważnym. W ogóle rozmowa z nim jest trudna w tym samym stopniu, co rozmowa z głuchoniemym. Wujek nie słucha, wujek nie rozumie, wujek ogólnie się odcina od społeczeństwa. Wujek ma to wszystko gdzieś, i on to sobie chwali i szanuje. Ma swoje poglądy. Jest tolerancyjny, powiada razu pewnego, nigdy nie powiedział nic na żadnej murzyna. I wtedy dochodzę do wniosku, że to nietrudno być tolerancyjnym, jeśli się w ogóle nic nie mówi prócz: „Kiedy obiad?”. W ogóle wujkowi wszystko przychodzi łatwo. Wbrew naszym, jak on to określa, polskim przywarom, nie narzuca nikomu swoich poglądów politycznych. I tu dochodzę do wniosku niemal identycznego. Nie lubi się wykłócać, co też sobie chwali. I znowu ten sam wniosek. Morał? Wystarczy się zamknąć.
Rozmawiałem sobie dzisiaj
Uciąłem sobie dzisiaj naprawdę miłą pogawędkę, z takim jednym facetem ubranym na czarno.
Byłem sobie w powrocie ze szkoły. Słuchałem jak zwykle prawie muzyki, jakiegośtam techno, żeby tylko było cokolwiek słychać, bo słuchawki już stare, zniszczone i działać nie chciały. Chyba 'Prodżidżi’ się to nazywało, czy jakoś tak. W każdym razie, po dogłębnym założeniu w uszy, chyba to się nazywa małżowiny uszne, ale nie jestem pewien, nie uważałem na bioli. Po dogłębnym założeniu w uszy wygłuszała ta łupaninka całą rzeczywistość, i to właśnie było pożądanym przeze mnie efektem. Wyjątkowo nie lubię się parać rzeczywistością. Jest taka nudna… Szedłem sobie na przystanek pewnym krokiem, tak jak zwykle, mniej więcej od trzystu pięćdziesięciu dni, bo chyba tyle ma rok. Tak słyszałem. Szedłem sobie wpatrując się w nowe buciki, takie fajne z DC, wczoraj sobie kupiłem. Dziewczyny w szkole po prostu padły z wrażenia. Ładne, zielone sznurówki, biały but, chociaż szybko się, kurde, pobrudzą. Muszę na nie uważać, no bo przecież nie zdzierżę bez tych pełnych zachwytu spojrzeń, a czyścić też nie będę. W końcu nie jestem jakąś pieprzoną woźną czy cieciem za osiemset złotych miesięcznie. Ja jestem intelektualistą, i tylko do pracy intelektualnej się nadaję. A na zaczepki plebsu, że czemu mam takie słabe oceny skoro do takiej pracy, a nie innej, się nie przejmuję. Po prostu artystyczne dusze tak mają. Ajnsztajn miał podobno same dwóje w szkole, z matematyki oczywiście. To tak jak ja, więc mamy coś wspólnego. No i fajny fryz miał ten Ajnsztajn, będę musiał o czymś takim też pomyśleć.
I już dochodzę do przystanku, ale najpierw muszę przejść przez tę ulicę, co to na niej podobno tak wiele wypadków było. Tak niebezpiecznie ponoć, zabić się można, lub chociaż okaleczyć w najlepszym przypadku, ale ja tam w takie bujdy nie wierzę. Fajny basik w tym kawałku, tak miło, aż trzęsie tymi takimi błonami co w uszach są, słyszałem o nich w szkole. Brany chyba. Nieważne, kto by się tam przejmował szkołą.O cholera! Jedzie bus! Kamaaaaan! Jest piątek, po szkole już, a ja jestem zaniedługo umówiony ze znajomymi na imprezę, ma być tytoń, chlanie, a nawet trawka, a przecież nie będą na mnie czekać! Muszę zdążyć, cholera!
I wtedy zacząłem biec w stronę przystanku. Niewyjaśnionym cudem słuchawki nie wypadły mi z uszu, trzymały się niby sklejone superglutem izolując mnie od rzeczywistości, która właśnie wtedy, właśnie w tamtej chwili była mi tak potrzebna, bardziej od tych butów, od tej muzyki, od tego buntowniczego nastroju, od pryszczy, od megalitrów hormonów, od powietrza… Pamiętam, że byłem trochę przed pasami, bo na samych pasach zalegała wielka jak nieszczęście kałuża, a ja miałem swoje nowe DC przecież. I w końcu ta rzeczywistość zamknęła się nade mną, spadło na mnie niebo, podczas przebieżki przed zebrą nagle zatrzymałem się. Uderzyło mnie wtedy coś z taką ogromną siłą, poczułem, że już nic nie będzie takie samo. Poczułem, że już nie jestem tym starym gościem, że teraz się zmienię, że teraz już nie będzie snobizmu, że nie będę się stroił jak jakiś cholerny yuppie. Odwróciłem się, by zobaczyć, co mną tak wstrząsnęło. Okazało się w trymiga, że to nic takiego, że to coś tak przyziemnego może zmienić życie w diametralnym stopniu. Popatrzyłem się mu w oczy. Zdziwiłem się troszkę, gdy dostrzegłem, że ma między oczyma namalowany wielki napis '720′. Taki niepozorny autobus, a tak zmienia życie.
Z wrażenia ziemia postanowiła dać mi oparcie, ale zrobiła to tak gwaltownie, z tak wielką chęcią pomocy, że aż zabolało. Szczerze mówiąc, to aż się położyłem, i jakoś nie mogłem wstać. Patrzyłem się w oczy tego autobusu, takie beznamiętne, a jednocześnie pomocne. Tak mi pomogły. Teraz już nic nie będzie takie samo. Zdziwiłem się, gdyż mój mentor zaczął nagle wyrzygiwać ludzi. Pierwszy wypadł facet w średnim wieku, dostrzegłem jakieś dziwne przerażenie w jego oczach. To pewnie tylko zazdrość. W końcu nie każdy dostaje taką szansę od opatrzności. Po chwili utwierdziłem się w przekonaniu, że koleś jest niczym innym jak tylko zazdrosnym frajerem. Zaczął mnie szturchać i coś do mnie mówić, próbował mnie wyrwać z mojego zupełnie nowego nieżycia, ale nie chciałem, by mu się to udało. Nie chciałem wstawać z tej ziemi, takiej miłej, nie chciałem się ruszać, bo było idealnie. Po prostu idealnie. Na szczęście pomyślałem chwilę i człowiek rozmazał się, jakby go tam nigdy nie było. Zostałem tylko ja i mój mentor. Mój wybawca.
Porozmawialiśmy sobie trochę, bo okazało się, że był nadto rozmowny jak na niezwykłego miejskiego busa. Mówiliśmy sobie trochę o muzyce, wspomniałem zresztą o tym Prodżidżi, co nim wstrząsnęło. Okazało się bowiem, że również on gustuje w tego typu muzyce. Nie chciał mi jednak niczego wytłumaczyć, gdy zapytałem się, czemu w takim razie w uszach słyszę coś zupełnie innego, coś melancholijnego, smutnego… Nie chciał mi nic powiedzieć. A później już w ogóle nic nie mówił.
I ja też.
Jesień i ja.
Kolejny epizod opisów zmian.
Nigdy nie lubiłem jesieni. Jako pora roku była zawsze taka… niegościnna – zimno, pochmurno, mokro… Nie znoszę uczucia wody wlewającej się do buta, a jako że nie zwykłem nosić kaloszy, doświadczam go nader często.
Do tego drzewa są gołe, trawa znika jak sen złoty, ulatnia się rozweselające słoneczko… Świat robi się taki polski. Taki pasujący do obrazu narodu. Tego prawdziwego obrazu, nie stereotypu. Bloki stają się jeszcze bardziej szare, pęknięcia płyt chodnikowych wyraźniejsze, katar przybiera na obfitości, a ptaszki przestają 'tirli tirli tirli’. Jakby tego było mało, miesiące jesienne pokrywają się z najgorszym, nastawionym w stu procentach na bezmyślną harówkę okresem w szkole. I jak tu lubić tę porę roku, jak tu ją doceniać? Nie wiem. Ale od dziś zacząłem to robić.
Teraz, gdy już stałem się silnym człowiekiem, jesień jest… Przeciwieństwem mnie. I to jest naprawdę budujące. Idę sobie ulicą, młody, genialny, siebiepewny i rad, a dokoła mnie dzieje się przykrość. Dzieje się płacz dziecka, dzieje się przenikliwy wiatr, lodowaty deszcz z uporem maniaka wciskający się za kołnierz, dzieją się latające kapelusze, torebki foliowe unoszą się, urbanistyczne meduzy… Spaliny pachną. Okna zawsze przez przypadek są brudne akurat wtedy, gdy na nie patrzę. Zacieki na ścianach blokowisk wychodzą tylko na chwilkę by się ze mną przywitać, by mnie choć troszkę zdołować. Horyzont prawiesłońcem typu chmurnego atakuje mnie swoją ciemnotą. Rzuca wyzwanie. Próbuje mnie pokonać, złamać jak tę gałązkę, która właśnie pękła pod moim butem. I nie udaje się to. I to jest właśnie piękne.
Idę sobie ulicą, młody, genialny, siebiepewny i rad, a wszystkie wyzwania nie tyle odrzucam, co po prostu przyjmuję i wygrywam w tempie zatrważającym. Pod butem trzeszczą zeschnięte liście, a każdy z nich to jeden człowiek, jeden czynnik, jeden zaciek, czy może jedna chmura, może nawet atom… Ważne, że trzeszczą mi pod butem. Gołodrzewa stały się jakby bardziej urokliwe. Machają do mnie tysiącem twarzy, wyrzygując czasami coś miłego, coś fajnego. I takie ładne są te drzewa. Takie kontrastowe w stosunku do mnie. Jestem kolorowy, jestem siebiepewny, lubię podnieść głowę i wypiąć pierś. Lubię zająć miejsce w autobusie nie zważając na dezaprobatologiczne spojrzenia przyprzystankowych staruszek. Lubię nie schodzić z drogi temu gościowi, co to idzie środkiem chodnika nie zważając na nikogo ani na nic. Kocham wręcz stać w kolejce po miesięczny, kocham patrzeć, jak oni na mnie nie patrzą. Jestem kolorowy, a jesień jeszcze bardziej to ukazuje.