Jak zostać dobrym spacerowiczem?

Żeby mieć dobry spacer, musisz spełnić parę warunków. Przede wszystkim zwróć uwagę na warunki środowiskowe. Wychodź tylko po północy. Niech niebo będzie gwiaździste, lub niech światło księżyca przedziera się ledwo przez rozrzedzone chmury. W drugim przypadku musi również padać, a w obu mocno wiać.  Zadbaj o trasę swojego idealnego spaceru. Najlepiej chodzi się po ciemnych lasach, opuszczonych uliczkach, podmiejskich slumsach i parkach przepełnionych ćpunami. Takie miejsca wzmagają kreatywność, pozwalają uciszyć myśli i odetchnąć pełnym płucem (o ile trzymasz się z dala od przechodniów). Tak naprawdę unikaj chodników – drałuj w błocie po kostki albo w kałużach na środku zapomnianej drogi – jak prawdziwy artysta. Co jakiś czas rozpościeraj ramiona i obróć się parę razy wokół własnej osi – żeby odwirować humor, oczywiście. Lista miejsc, w które powinieneś się wybrać nie kończy się jednak na wspomnianych wcześniej industrialnych smakołykach – powoli dochodzimy do emocji. Emocje podczas spaceru muszą być negatywne, przejdź się więc w miejsca, które kojarzą ci się z porażką. Dziewczyna cię zostawiła? Oblałeś egzamin? Wyrzucili cię z pracy? Wyśmienicie! W ogóle najlepiej, żeby twoja rodzina była martwa, ba – żebyś sam ją zabił. Wtedy właśnie docenisz piękno nocnego spaceru w pełnej krasie. Musisz czuć się tak źle, jak to tylko możliwe, tak winny, jak to tylko możliwe. Musisz łkać po cichu mijając symbole przeszłości. Wróć znowu do lasu, który zresztą też z pewnością wiąże się z wspomnieniami i wrzeszcz, dopóki nie pozbawisz się kurwa krtani. Następnie się rozpłacz, usiądź na brudnej ziemi, wyjmij czystego fajka i sobie zapal. Po dziesięciu minutach wpatrywania się w rozmyte gwiazdy możesz wracać do domu.

Podsumowując: w prawdziwie artystycznym spacerze chodzi o to, żeby możliwie najmocniej się zdołować. Więc bądź masochistą i idź. Może nawet uda ci się napisać małą miniaturę, gdy skończysz.

Ty pieprzony idioto.

Świadowzwód

myślę że twoje usta
jak dojrzałe maliny
myślę że twoje piersi
jak dorodne brzoskwinie
myślę że twój uśmiech
jak wiosenna bryza

myślę że w białej sukni
z koronką
siedzisz na stołeczku
odbierasz liściki a potem
(oczywiście już bez sukni)
jesteś inspiracją a potem
dotykasz paluszkiem tafli
a fala rozchodzi się po świecie

***

a ty siedzisz
rozkraczona
na starej kanapie
przed telewizornią
i oglądasz 'mam talent’
z utęsknieniem i
obgryzionym palcem klikasz
odpowiadając na zaczepki a potem
wpychasz sobie dłonie w spodnie
bo coś zaswędziało a potem
tupiesz nóżką
ale słychać tylko w pokoju

i widzę że twoje wargi
jak lakier z gaśnicy
i widzę że twoje cycki
jak kule do bilarda
i widzę że twój grymas
jak wiosenne gówno
na chodniku

Rude

z rudymi tak jest
kiedy mówi że czekolada się skończyła
to znaczy że się nie skończyła i
kiedy mówi że czekolada się nie skończyła
to znaczy że się skończyła i
to zabawne
bo kiedy zapytasz co robić
zawsze odpowie

po prostu mnie kochaj

Kontakt

jest wesoło
całują mnie
opuszkami
w pokoju
z przymrużonymi oczyma
liżą mnie jedwabiem
lub szurają bawełną

słyszę szum maluczkich
chcących mnie spenetrować
chcących mnie zamknąć
dobre przewodniki zgiełku

pstryk
tysiące palców mnie dotknęły
ale żaden nie zapalił

przekrój

moje uszy są głuche
mój język spuchnięty
nie mogę się porozumieć

za ladą widzę
przegraną społeczeństwa
w szklanych
figurkach kruków
zza lady mi dają
złote naboje

moja wątroba nie działa
potrzebuję operacji
a reszta powtarza
że jeśli nie spuszczę głowy
to będzie mnie cięła
Atropos

Liter Harlem

Bar sprawiał wrażenie pustego, jednak tętniło w nim życie. W półmroku,
rozjaśnianym tu i ówdzie światłem lamp siedzieli dżentelmeni, popijając trunki. Woń
wszędobylskich cygar gryzł nozdrza, a gęste obłoki siwoszarego dymu tworzyły fantastyczne
kształty w przesiąkniętym inteligencją powietrzu. Wprawne oko dostrzegłoby pianistę
siedzącego w kącie pokoju. Nie był typem gwiazdora. Napełniał wnętrze zwiewnymi
dźwiękami tak, by nikt nie zorientował się, jak piękne ma tło do dysput.

Litery kapały na obrus.

-Jeszcze po jednym, proszę pana? – Mężczyzna w podeszłym wieku zatoczył się
i zamrugał parokrotnie, by odzyskać ostrość widzenia.

Odpowiedź zagłuszył ostry brzdęk, ale po chwili kieliszki wypełnione lepką
cieczą były już opróżnione, a to oznaczało jedno.

– Nawet nieźle ci to wyszło, kolego – panowie niepostrzeżenie przeszli na „ty“. – Ale należy
jeszcze popracować nad stylem.

-Moje dialogi pozostawiają wiele do życzenia, ale to i tak się sprzeda.
Poczekaj – dodał, widząc, że partner macha już do barmana – zawsze trzeba
chwilę odczekać.

-A nie lepiej iść za ciosem?

-Nie, wtedy następuje… Ten, no… Przesyt!

Stwierdzenie okazało się na tyle przekonujące, że przerwało dyskusję na
moment. Moment wystarczający, by się rozejrzeć. Wraz z upływem czasu i cieczy, cała
śmietanka intelektualna gęstniała. Szum towarzyszący rozmowom stawał się głośniejszy,
a tłuczone butelki coraz częściej znaczyły drewnianą podłogę. Na podwyższenie na środku
sali wchodziły pojedyncze osoby, aby dygnąć parę razy i wrócić do ważniejszych spraw. Ze
strony toalet dobiegały dźwięki, świadczące niechybnie o pierwszych bójkach.

Słowem: rozkręcało się.

Pan z cygarem chwiejnym krokiem podszedł do stolika.

-Nie przeszkadzam chyba – stwierdził z przekonaniem.

Gruby z łysinką przytaknął, zamrugał kaprawymi oczkami, zadudnił:

-Oczywiście, że nie. Im nas więcej, tym lepiej! – po czym połknął kolejną
czekoladkę.

Towarzystwo rozweselało się coraz bardziej.

-Niech pan powie, panie szanowny! Co tam pan ostatnio narozrabiał?

-Nic takiego, znów przewróciłem rynek do góry nogami – Uśmiechnął się skromnie

-Tak myślałem, że skądś pana znam. Niech pan uważa, bo mogę nasłać na pana
smoki – zachichotał gruby.

-A ja na pana swoich wiedźminów. – W mig zrozumiał żart, a cygaro
zatańczyło na jego ustach.

Zanieśli się tandemowo gardłowym śmiechem, niosącym się aż po stół
bilardowy.

Kije poszły w ruch, wyprzedzając argumenty o dwa kieliszki.

-Mój Herold jest lepszy, ty kmiocie, ty marna podróbo! Pierwszy na to
wpadłem, ty pieprzony złodzieju!

-Tak? Przesłałem swój towar do wydawnictwa dwa tygodnie przed tobą, gdy ty
nie miałeś jeszcze wstępnej korekty. Tak to robią profesjonaliści, nie
guzdrzą się, robią swoje!

„Misiaczki” obsadzały stół z każdej strony, jednak nie reagowały. Kierowało nimi
doświadczenie oraz żelazna logika, która w tym fachu była nieodzowna.Wiadomo, zaraz
zacznie się bójka. Po co temperować obu? Wystarczy poczekać, aż jeden wygra, a potem
zająć się drugim!

Barman patrzy na panoramę tego całego burdelu. Zabawa rozkręciła się na dobre, myśli. I ma
rację. Wszyscy klienci obsłużeni, nikogo nowego nie widać na horyzoncie, przystępuje więc
do mycia kufli. Czarna lepkość schodzi ze szklanej powierzchni z trudem, jednak dla niego
to nie pierwszyzna. Tu zawieruszy się jakaś drętwa myśl i trzeba zetrzeć ją druciakiem, tam
zbyt duży potencjał wypala się stosownym preparatem. Litery kapią obficie na bar, układając
się w zdania pojedyncze. Barman spogląda na nie, czyta, kręci nosem.

Nikt tego nie wypije.

Skit #2

wyszedłem tylko na chwilę – już wróciłem do świata trzydziestu nieznajomych
prowadzących rozmowy tak jakby prowadzili samochody –
uważnie i wyłącznie przyspieszając tylko na prostej
stworzenia o preferencjach muzycznych wziętych od rodziców
„nic lepszego już nie wymyślą, zwalmy wszystko na postmodernizm”
więc po co w ogóle wstawać z łóżka?
Wojtek Cichoń – Bądź piękna tylko dla mnie

Papierosem

My z papierosami mamy wspólnych przywar parę:
okręcamy się wokół meritum, nie szukając wcale
życia. Tak jak one, uśmiercamy wszystkie rany,
a im więcej energii, tym szybciej się wypalamy.

Przepuszczamy przez siatkę wszystkie te złe wspomnienia,
co mogą wywołać raka duszy na ramieniu,
a gdy mija nas esencja, nie przejmujemy się wcale,
szarym głosem wypalając: „do zobaczenia, Panie”.

Tak jak papieros poddajemy się atmosferze,
przybierając coraz dziwniejsze psychoformy.
Dopasowujemy się do fal brzęczących gdzieś w eterze,
licząc, że ktoś cholewą przydepcze nas – w końcu wyzwoli

Jak od tytoniu bibuła, od szczęścia nas oddziela los.
Palą nam się ręce tylko żeby w dym obrócić coś,
Przyznajesz mi rację, czytasz to późno w nocy,
nawet jeśli rymy są proste jak papierosy.

Nienawidzę życia – kolejna cecha,
która z ukrycia wyziera łącząc z palącymi fajkami
tych bycia przywary, które prowadzą do odkrycia,
że papieros tak prosty jest, jak jest moja linia życia.

Pali nam się grunt pod nogami,
spaliliśmy już mosty za sobą – jesteśmy sami.
nikt nie podąży krętą ścieżką za nami,
wypaliliśmy się – pracowaliśmy na to latami.

I jak z popiołu się wynurzysz jak feniks,
to przemyśl, czy z dołu nie miałeś już
żadnych perspektyw? Chcieliśmy płomiennych obietnic,
nie mam siły następnego raka stąd wykreślić.

Jeśli borykasz się z problemem, mimo że chciałeś być w niebie
ciebie zjada stres, odreagować chcesz, zapal marzenia,
będę od niechcenia sprawiał, że zapytasz siebie
jeszcze palisz papieros, czy on już pali ciebie?

Jak masz duszno za miedzą, zatrzymaj czas i rozpal ogień,
ci świadomi już wiedzą, że to snu z powiek
nie spędzi, ale zapytasz siebie stojąc na krawędzi:
czy jeszcze palisz papieros, czy to już dymi się człowiek?

Pocisk

pocisk.

chcesz wyjść, ale blokuje cię moc, wtapia w siedzenie i poraża nerwy,

pocisk.

chcesz wyjść, ale blokujesz się w myślach, szybko tracąc animusz,

pocisk.

co się dzieje? czy podłoga się zlewa w całość, czy to tylko ten

pocisk.

sieje spustoszenie w umyśle. Nic już nie będzie tak samo.

Jak to jest, że siłę spojrzenia dostrzegasz, dopiero kiedy koła rytmicznie uderzają o szyny, kiedy świat się zlewa, kiedy czujesz prędkość, kiedy już nie ma ratunku? Jak to jest, że wystarczy parę centrymetrów w lewo, a humor się zmienia i życie się zmienia i nie wiesz już, czy jest jasno czy ciemno?

Jak to jest? Przez korytarz płynę, po drodze zadając bez sensu pytania, on patrzy się, wierci mnie wzrokiem, przyciąga, fascynuje (raczej bez wzajemności). Różne rzeczy już wisiały nade mną, ale rogówki, która zmieniłaby świat jak żyw nie poznałem, a teraz tam patrzę i szarzeją kolory, czy ze mną coś nie tak? Patrzę, widzę jak załamuje się światło i wrzeszczy za oknem gdzieś wartko i zamykam oczy i niech się to skończy bo zaraz wypadnę – nie wiem co się dzieje. Rozglądam się po towarzyszach broni, ale żaden nawet nie zwróci uwagi na ogrom cierpienia z jakim się mierzę i muszę sam ruszać do walki.

Ruszam się, a on ciągle w bezruchu wpatruje się we mnie, czuję – mój wszechświat się skłania do buntu. Przewraca się, co się dzieje do cholery? Widziałem wiele już biedy, lecz ta nie może się równać z innymi, jestem tylko ja, on i słyszymy – ostatni przystanek, lecz głos znika gdzieś w dali, zakrzywia się, jak moje zwoje mózgowe, gdy widzę go gdzieśtam. Jestem coraz bliżej wejścia. Zmusza mnie do odejścia.

Otwock!