Skit #2

wyszedłem tylko na chwilę – już wróciłem do świata trzydziestu nieznajomych
prowadzących rozmowy tak jakby prowadzili samochody –
uważnie i wyłącznie przyspieszając tylko na prostej
stworzenia o preferencjach muzycznych wziętych od rodziców
„nic lepszego już nie wymyślą, zwalmy wszystko na postmodernizm”
więc po co w ogóle wstawać z łóżka?
Wojtek Cichoń – Bądź piękna tylko dla mnie

Papierosem

My z papierosami mamy wspólnych przywar parę:
okręcamy się wokół meritum, nie szukając wcale
życia. Tak jak one, uśmiercamy wszystkie rany,
a im więcej energii, tym szybciej się wypalamy.

Przepuszczamy przez siatkę wszystkie te złe wspomnienia,
co mogą wywołać raka duszy na ramieniu,
a gdy mija nas esencja, nie przejmujemy się wcale,
szarym głosem wypalając: „do zobaczenia, Panie”.

Tak jak papieros poddajemy się atmosferze,
przybierając coraz dziwniejsze psychoformy.
Dopasowujemy się do fal brzęczących gdzieś w eterze,
licząc, że ktoś cholewą przydepcze nas – w końcu wyzwoli

Jak od tytoniu bibuła, od szczęścia nas oddziela los.
Palą nam się ręce tylko żeby w dym obrócić coś,
Przyznajesz mi rację, czytasz to późno w nocy,
nawet jeśli rymy są proste jak papierosy.

Nienawidzę życia – kolejna cecha,
która z ukrycia wyziera łącząc z palącymi fajkami
tych bycia przywary, które prowadzą do odkrycia,
że papieros tak prosty jest, jak jest moja linia życia.

Pali nam się grunt pod nogami,
spaliliśmy już mosty za sobą – jesteśmy sami.
nikt nie podąży krętą ścieżką za nami,
wypaliliśmy się – pracowaliśmy na to latami.

I jak z popiołu się wynurzysz jak feniks,
to przemyśl, czy z dołu nie miałeś już
żadnych perspektyw? Chcieliśmy płomiennych obietnic,
nie mam siły następnego raka stąd wykreślić.

Jeśli borykasz się z problemem, mimo że chciałeś być w niebie
ciebie zjada stres, odreagować chcesz, zapal marzenia,
będę od niechcenia sprawiał, że zapytasz siebie
jeszcze palisz papieros, czy on już pali ciebie?

Jak masz duszno za miedzą, zatrzymaj czas i rozpal ogień,
ci świadomi już wiedzą, że to snu z powiek
nie spędzi, ale zapytasz siebie stojąc na krawędzi:
czy jeszcze palisz papieros, czy to już dymi się człowiek?

Pocisk

pocisk.

chcesz wyjść, ale blokuje cię moc, wtapia w siedzenie i poraża nerwy,

pocisk.

chcesz wyjść, ale blokujesz się w myślach, szybko tracąc animusz,

pocisk.

co się dzieje? czy podłoga się zlewa w całość, czy to tylko ten

pocisk.

sieje spustoszenie w umyśle. Nic już nie będzie tak samo.

Jak to jest, że siłę spojrzenia dostrzegasz, dopiero kiedy koła rytmicznie uderzają o szyny, kiedy świat się zlewa, kiedy czujesz prędkość, kiedy już nie ma ratunku? Jak to jest, że wystarczy parę centrymetrów w lewo, a humor się zmienia i życie się zmienia i nie wiesz już, czy jest jasno czy ciemno?

Jak to jest? Przez korytarz płynę, po drodze zadając bez sensu pytania, on patrzy się, wierci mnie wzrokiem, przyciąga, fascynuje (raczej bez wzajemności). Różne rzeczy już wisiały nade mną, ale rogówki, która zmieniłaby świat jak żyw nie poznałem, a teraz tam patrzę i szarzeją kolory, czy ze mną coś nie tak? Patrzę, widzę jak załamuje się światło i wrzeszczy za oknem gdzieś wartko i zamykam oczy i niech się to skończy bo zaraz wypadnę – nie wiem co się dzieje. Rozglądam się po towarzyszach broni, ale żaden nawet nie zwróci uwagi na ogrom cierpienia z jakim się mierzę i muszę sam ruszać do walki.

Ruszam się, a on ciągle w bezruchu wpatruje się we mnie, czuję – mój wszechświat się skłania do buntu. Przewraca się, co się dzieje do cholery? Widziałem wiele już biedy, lecz ta nie może się równać z innymi, jestem tylko ja, on i słyszymy – ostatni przystanek, lecz głos znika gdzieś w dali, zakrzywia się, jak moje zwoje mózgowe, gdy widzę go gdzieśtam. Jestem coraz bliżej wejścia. Zmusza mnie do odejścia.

Otwock!

On.

Do polityki się raczej nie wtrąca, bo za skomplikowana, a i tak nie ma sensu. Przy odpowiednim ciśnieniu w głowie rodzą mu się miliony pomysłów na usprawnienie gospodarki państwa, uzdrowienie rolnictwa, wie, ile pieniędzy przeznaczyć na remont dróg, żeby budżet nie zdechł i jak uczynić miasto bardziej przyjaznym środowisku. Ale nigdy nie próbuje wprowadzić tych planów w życie – z wyżej wymienionych powodów. Zdaje sobie sprawę z własnego potencjału, ale i z niemocy. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
W jego oczach można dostrzec błysk młodości, którego jednak nie chce ujawniać. Bo kto w dzisiejszych czasach ma czas na bycie młodym? Nikt. Tragedia świata. Więc wraca do pracy, do nauki, do zakupów, do rozliczania finansów, żeby odepchnąć to wszystko od siebie. Żeby serce przestało bić. Zastanawia się często, w którym momencie zatracił tę beztroskę mimo, że ona wciąż tam jest, wciąż rozświetla jego oczy. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Jest wiecznie rozdarty, rzekłbyś, między sacrum a profanum. Serce ciągnie go do poetyckiego świata miłości, rozum ten świat ubiera we wzory i zimne kalkulacje. Nie zdecydował się nigdy, który jest tym prawdziwym i raczej już nigdy nie rozwiąże tego zadania. Rozdarty między dwoma uniwersum, z dozą ironii obserwuje, jak raz kontrolę przejmuje dusza, raz kalkulacja i nie może zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Nie rezygnuje z marzeń. Spycha je na dalszy plan, ale wciąż gdzieś tam zostają, gdzieś w kącie oka, w pieleszach podświadomości. Kiedy siedzi w pociągu, lubi w umyśle stwarzać najpiękniejsze scenariusze, ale ulatniają się one z momentem oznajmienia, że to już stacja końcowa. Powrót do rzeczywistości jest zawsze bolesny, ale przywykł już dawno do tego tępego bólu istnienia. Myśli, że planów nie da się zrealizować w stu procentach, ale mimo to dąży do ich spełnienia, jak tylko potrafi. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Obserwuje świat okiem wprawnego zegarmistrza. Widzi wszystko, co chce zobaczyć, i są to czasami śnieżne chmury, soczysta murawa i żółte cytrynki, ale często też z chmur zaczyna lać, murawa okazuje się niczym więcej, niż ziemskim padołem, a cytrynki odlatują w oka mgnieniu, gdy tylko zdadzą sobie sprawę z jego obecności. Wychodzi na spacer, a chodnik przy domu jest kolorowy na początku, a szary, gdy wraca. Potrafi stworzyć dwa obrazy świata – wypełniony nadzieją i beznadzieją, a to, który w tej chwili widzi, uzależnione jest od tymczasowego humoru. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Jest człowiekiem, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, uwikłanym w codzienność. Choć w tym akurat przypadku banał jest zaskakująco adekwatny do sytuacji.

Sens

Sens życia jest taki,
by nie było za ciężko
bo ciężar staw umysłu zwycięża,
ale też by lekkim myśleniem
nie sprawić, aby ten staw uleciał.

Sensem życia jest autorozwój
by cechowała cię ciężka praca
ale skąd się wziął ten zabobon,
skoro reszta żyje
od kaca
do kaca?

Ten wiersz nie ma być rytmiczny,
a rymy są tu bez znaczenia,
bo skoro życie sensu nie ma,
to czemu wierszowi miałby być nadany?

Te słowa ma się czytać ciężko,
a po lekturze nie klepniesz się w czoło,
powiesz, że prawię banały, a potem
wrócisz do puszki zaglądać i
w koło.

Z żalu piszę, nie z potrzeby pomocy,
bo zdaję sobie sprawę, że słowa nie mogą
nic zmienić, że słowa nie mają tej mocy,
by sens istnienia z człowiekiem zjednoczyć.

Worki

worki spadają wedle bożej woli

aerodynamiczne plastyczne
wystawiają rogi z nadzieją
maseczki im spadają z supła

tysiące worków na polu minowym
długość lotu? wedle bożej woli
sześć stóp pod ziemią lądują z patosem

wypełnione piaskiem fruw…?
amy! rozsypujemy kwarc dokoła =
= nowe piętra

z drugim workiem może byłoby wolniej
ale prawa fizyki
(wedle bożej woli) mówią
im worek szczęśliwszy
tym szybciej przemija

worki spadamy wedle bożej woli
byle nie plastikowe!

Najlepiej zorganizowany burdel Wieloświata.

Dzieciak bawił się z kotem, a ten podczas skoku strącił ze stołu szklankę i się zbiło.
A gdzieś we Wszechświecie zaburczało, fale energii leniwie oddaliły się od planet, wyruszając w wieczną podróż. I czas poleciał do przodu, zwalniając przy dużej masie, dając się ponieść sile grawitacji. I wzory zatrzeszczały przejmująco, a liczby pofrunęły, przyjmując wartości dążące do nieskończoności. I zaczęło się skracać, a fale przemierzały tunele czasoprzestrzenne. Gwiazdy piszczały w gwałtownej, bo trwającej tylko miliony lat, reakcji:
-Coś się kończy, coś się zaczyna.
Następnie wodór uznał, że to jednak nie to, i stał się helem. I dawały te gwiazdy początek czarnym dziurom, niosącym po świecie mroczny bas wciąganej, spagetyfikowanej materii. Podczerwień wrzeszczała już tyle, pragnąc, by człowiek ją dojrzał. Ultrafiolet tuż obok niej, z prędkością dążącą  do prędkości światła obiegał świat, wzruszając ramionami. Potencjały zbliżały się niebezpiecznie, a natężenie rosło z każdą chwilą. Cały czas w przestrzeni powstawały nowe gwiazdy, prezentując wzory, równania i teorie. I było tych gwiazd dużo, ale nie każda była widoczna. Każda za to wnosiła tu coś nowego: jedna sprawiała, że świat zaczął iskrzyć od wszędobylskich fal, druga dojrzała eliptyczne orbity i ich związek z okresami obiegu, trzecia dywagowała o pędzie, a czwarta o jego momencie. Piąta obliczyła odległość A od B, a ostatnia określiła prędkość maksymalną  świata. Zaczął się festiwal spostrzegawczości, gdzie każdy człowiek musiał siedzieć z nosem w zeszycie, opisując to, co dzieje się nad nim.
A kot wiedział, że, prędzej czy później, wszystkie one muszą zostać odkryte i zaistnieć na niebie jasnym światełkiem, przynoszącym ukojenie, ale też przedziwnie fascynującym. Dlatego też zbijał szklanki, tłukł bombki, drapał firanki i skakał z balkonu.
A entropia wzrastała coraz bardziej, dając upust żądzom ludzkim.

Skit

Wielki as, co w swojej norze klepie nocą literki.

Chuj ze mną, ktoś zdobywa właśnie ośmiotysięcznik.
                                                                               Piotr Szmidt –  Zalew     

Rzeka

jestem żeberkiem
skwierczącym na grillu
ale jestem
żeberkiem myślącym

    każda
      kropla
        jedn
               a
               m
               y
               ś
               l



a rzeka płynie nieprzerwanie
białośniegiem znacząc brzegi
białokościem ścieląc dno
przegranych
dwa razy nie wejdziesz do
tej samej wody
a to dlatego
że są tam piranie