Płyń, dopóki nie umrzesz.

Wszędzie woda. Przejmujące zimno. Zapadam się w otchłanie tych fal, tych lodowatych manifestów księżyca.



Daję się ponieść żywiołowi, wściekłemu dzisiaj jak nigdy. Wierzgam nogami w poszukiwaniu dna, jednak wiem, że to na nic. Mam wrażenie, że to nie woda pokrywa moje ciało, a raczej zimny pot, świadomość zbliżającej się śmierci… Taka ciekła, taka nieuchwytna, a jednocześnie przejmująca. Chłód przebija mnie na wylot. Tracę czucie w nogach, palcach u rąk,  świat powoli zamienia się w jedną wielokolorową maź, mieni się tysiącem refleksów niczym w kalejdoskopie. A później ciemność zwycięża nad moim życiem. Woda pochłania mnie, a ja mogę jedynie wierzgnąć nogami…


I ten czepek cholernie uwiera.
Wynurzam się, oceniam sytuację, cholera, jeszcze całe pół basenu do końca… Czuję ulatującą ze mnie życiodajną energię, kończyny odmawiają posłuszeństwa, a oczy, pełne chlorowanej wody, przeraźliwie szczypią… Jestem zmęczony.
-Dobra rada, Filip. Płyń, dopóki nie umrzesz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.