Do polityki się raczej nie wtrąca, bo za skomplikowana, a i tak nie ma sensu. Przy odpowiednim ciśnieniu w głowie rodzą mu się miliony pomysłów na usprawnienie gospodarki państwa, uzdrowienie rolnictwa, wie, ile pieniędzy przeznaczyć na remont dróg, żeby budżet nie zdechł i jak uczynić miasto bardziej przyjaznym środowisku. Ale nigdy nie próbuje wprowadzić tych planów w życie – z wyżej wymienionych powodów. Zdaje sobie sprawę z własnego potencjału, ale i z niemocy. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
W jego oczach można dostrzec błysk młodości, którego jednak nie chce ujawniać. Bo kto w dzisiejszych czasach ma czas na bycie młodym? Nikt. Tragedia świata. Więc wraca do pracy, do nauki, do zakupów, do rozliczania finansów, żeby odepchnąć to wszystko od siebie. Żeby serce przestało bić. Zastanawia się często, w którym momencie zatracił tę beztroskę mimo, że ona wciąż tam jest, wciąż rozświetla jego oczy. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Jest wiecznie rozdarty, rzekłbyś, między sacrum a profanum. Serce ciągnie go do poetyckiego świata miłości, rozum ten świat ubiera we wzory i zimne kalkulacje. Nie zdecydował się nigdy, który jest tym prawdziwym i raczej już nigdy nie rozwiąże tego zadania. Rozdarty między dwoma uniwersum, z dozą ironii obserwuje, jak raz kontrolę przejmuje dusza, raz kalkulacja i nie może zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Nie rezygnuje z marzeń. Spycha je na dalszy plan, ale wciąż gdzieś tam zostają, gdzieś w kącie oka, w pieleszach podświadomości. Kiedy siedzi w pociągu, lubi w umyśle stwarzać najpiękniejsze scenariusze, ale ulatniają się one z momentem oznajmienia, że to już stacja końcowa. Powrót do rzeczywistości jest zawsze bolesny, ale przywykł już dawno do tego tępego bólu istnienia. Myśli, że planów nie da się zrealizować w stu procentach, ale mimo to dąży do ich spełnienia, jak tylko potrafi. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Obserwuje świat okiem wprawnego zegarmistrza. Widzi wszystko, co chce zobaczyć, i są to czasami śnieżne chmury, soczysta murawa i żółte cytrynki, ale często też z chmur zaczyna lać, murawa okazuje się niczym więcej, niż ziemskim padołem, a cytrynki odlatują w oka mgnieniu, gdy tylko zdadzą sobie sprawę z jego obecności. Wychodzi na spacer, a chodnik przy domu jest kolorowy na początku, a szary, gdy wraca. Potrafi stworzyć dwa obrazy świata – wypełniony nadzieją i beznadzieją, a to, który w tej chwili widzi, uzależnione jest od tymczasowego humoru. Nie może wtedy zdecydować, czy świadczy to o pięknie życia, czy o jego brzydocie.
Jest człowiekiem, jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, uwikłanym w codzienność. Choć w tym akurat przypadku banał jest zaskakująco adekwatny do sytuacji.