Pośpiew

W wielu miejscach już zwieszałem głowę. Jestem zmęczony.
Łamałem zęby na niepozornych listkach i patrzyłem, jak wieżowce moim podmuchom składają pokłony.
Nie wiem sam, po co.
Widziałem ich wszystkich.
Kłamstwo, zdradę, biedę.
Także wyzyski.
Ah, jak dymiły mi zwoje mózgowe, gdy pod palce brałem kolejne zadanie!
A buntownik to przecież wadliwy egzemplarz.
To i się zbytnio nie buntowałem.

Widziałem, jak zapadają się ludzie pod ziemię.
Niektórych zresztą sam pod nią spychałem.
Nie mogę być nawet szczery dla siebie. Moje wypociny są dosyć znane.

Wstyd przyznać, ale tęsknię za nimi wszystkimi.
Myślę 'co by było’ – i to mnie zabija.
Ta myśl zaciska mi linę na szyi.
Toć wystarczyłaby tylko chwila.

I może w końcu, za którymś razem, po raz ostatni zwieszę tę głowę.
Może postawię najdłuższy przecinek.
A może silniejszą kropkę.

kolokwium z jaźnią własną

to ciebie winię za wszystko złe
kiedy mówiłeś
wszystko do
źle
wszystko do
źle

za to że w potrzasku inaczej się myśli
płaczące krużganki
płaczące ulice
za to że pomyślałem że będę na szczycie
razdwatrzypięć
tak na mnie liczyłeś
teraz zostałem z Niczem

za to ze hierarchię mi przewróciłeś na nice
dziesiątkom kobiet przelałem myśli
przy najważniejszej milcząc jak zepsute radio
wypatrywałem w chmurach niebieskich migdałów
gdy gdzieś za plecami z nieba spadał awiator

powtarzaj za mną
nie będę oczekiwał od życia
niewarto