Czasami, kiedy idę do śmietnika, oczyszczam jakiś sektor umysłu i wpuszczam do niego jedno słowo, żeby w tym miejscu rozbrzmiało i poodbijało się echem po ściankach. Łapię oczywiście tylko metafizyczne, bo kolokwialne są płaskie i w mojej przestrzeni gubią się.
Przyjemne jest to, jak te słowa wpadają. Obok śmietnika mam salon Playa, a w nim designerską typografię o wolności abonenta od wszelkich opłat. Więc złapałem wolność. Ten frazes wtargnął niezapowiedzianie do zmęczonego umysłu i od razu przejął kontrolę. Zaczął równać w dół. Stał się antonimem dla samego siebie. Echo układało się w myśli o ostatnich sfałszowanych wyborach, o pozornych wartościach, o ludziach, dla których, zamiast stalowych krat, świat ma pracę w korporacji i kredyt. Bo wolność to szczęście zupełnie egotyczne, a prawie nikt już tego nie widzi.
Powoli dochodziłem do śmietnika, a po drodze mijałem ludzi, a każdy z nich jak pionek na szachownicy. Rusza się tylko tam, gdzie wolno. Tylko wtedy, kiedy wolno. Pionek, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że wolność zabiera mu właśnie ten piejący Play. Pionek, który za chwilę wtarga te siaty do domu, skrzywi się na żonę, która znów ma gazy, zignoruje dzieci tak, jak one ignorują jego. Wyjmie wódkę z lodówki i ucieknie do swojej własnej wolności.
Myślałem o tym dość długo i kiedy tak szedłem, złapałem jeszcze nienawiść. Słowo sączyło się leniwie do mózgu, wypełniając przestrzeń i pohukując cicho.