oświadczenie

prędzej szczeznę niż
dam zmarnować potencjał pod palcem
już śmierć mi lepsza niż
rytm który mam nim wybijać
wolę stuknąć gdy zechcę niż
robić to zawsze
pod moje dyktando niż
drze się niech spływa

w odmęty gówna które spijałem
jak widać wyrosłem
a ty się zastanów

pętla

jestem w pętli
dopóki nie wyrwę się
szyja nie znajdzie ratunku

krtań nie poczuje drgań ciszy w oddali

tchawica nie zwinie się w supeł zasuszy

gęsiej skóry nie zgładzą te jebane włókna

trzeba by skoczyć i krzyknąć ostatni
ale się składa że
nie mam na to odwagi

Wolność

Czasami, kiedy idę do śmietnika, oczyszczam jakiś sektor umysłu i wpuszczam do niego jedno słowo, żeby w tym miejscu rozbrzmiało i poodbijało się echem po ściankach. Łapię oczywiście tylko metafizyczne, bo kolokwialne są płaskie i w mojej przestrzeni gubią się.
Przyjemne jest to, jak te słowa wpadają. Obok śmietnika mam salon Playa, a w nim designerską typografię o wolności abonenta od wszelkich opłat. Więc złapałem wolność. Ten frazes wtargnął niezapowiedzianie do zmęczonego umysłu i od razu przejął kontrolę. Zaczął równać w dół. Stał się antonimem dla samego siebie. Echo układało się w myśli o ostatnich sfałszowanych wyborach, o pozornych wartościach, o ludziach, dla których, zamiast stalowych krat, świat ma pracę w korporacji i kredyt. Bo wolność to szczęście zupełnie egotyczne, a prawie nikt już tego nie widzi.
Powoli dochodziłem do śmietnika, a po drodze mijałem ludzi, a każdy z nich jak pionek na szachownicy. Rusza się tylko tam, gdzie wolno. Tylko wtedy, kiedy wolno. Pionek, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że wolność zabiera mu właśnie ten piejący Play. Pionek, który za chwilę wtarga te siaty do domu, skrzywi się na żonę, która znów ma gazy, zignoruje dzieci tak, jak one ignorują jego. Wyjmie wódkę z lodówki i ucieknie do swojej własnej wolności.
Myślałem o tym dość długo i kiedy tak szedłem, złapałem jeszcze nienawiść. Słowo sączyło się leniwie do mózgu, wypełniając przestrzeń i pohukując cicho.

superpozycja

oświetlona blaskiem porannego słońca
książka zrzucona niedbale ze stołu
opowiada zupełnie inną historię
jak gdyby się zbierała do lotu

powietrze upstrzone gwiazdeczkami kurzu
dające się ponieść wirującym dymom
leniwie opada jak gdyby pomóc chciało
skrywanym w dwutlenkach chwilom

firanka wezbrana powiewem jutra
faluje malując na ścianach cienie
by po chwili się uspokoić jak gdyby
po sztormie przyszło ukojenie

za oknem świat nabiera kolorów
lecz słychać tutaj jeszcze tylko ptaki
a pokój tkwi w tym wiecznym bezruchu
jak gdyby zostawił poszlaki