zachody

wszyscy wokół mają
spinki do włosów
na półeczkach dziegciowych
w słoiczkach z formaliną
i takim małym futerkiem

wszyscy wokół mają
piętra w domu
ponumerowane stopnie
na każdym literka
na każdym proporcje

wszyscy wokół mają
róże wyschnięte i
świstki mokre
dzieje na które
łatwo sobie pokapać

wszyscy wokół
małpki pluszaki i słonie
kubeczki rameczki gwiazdeczki
rano się uśmiechają
jak do zachodu słońca

ja sobie zachodu nie robię

Profanum

Wiesz, zawsze miałem problem z profanum. Najlepsze grzechy były na PKP Powiśle albo w Otwocku pod Stodołą. Pamiętam wszechogarniającą ciemność i to dziwne uczucie wolności, mimo że zawsze przecież byłem związany. Bransoletką, lajkiem czy flamastrem – to nie ma znaczenia. Wysyłałem wtedy posty na fejsbuka o treści: 'kocham życie!’ albo: 'c’est la vie’, po czym robiłem jaskółkę i grzeszyłem dalej. Grzeszyłem, dopóki moje ambicje nie rzuciły się pod pociąg. Sacrum nagle rozpiździło się w drobny mak – w korowód słów, gestów i wspomnień bez większego znaczenia. Zauważyłem w tym schemat. Zawsze profanum w końcu wygrywało. Jego czarna dziura zapadała się w końcu pod swoim ciężarem i wchłaniała wszystko wokół. Więc jeśli akurat jestem z tobą w łóżku, to doceń wytrwałość w dążeniu do wzrostu entropii.

Najlepsze grzechy były pod Stodołą w Otwocku. Były tanie i zawsze obficie polane ostrym sosem. Podane w butelce lub w orgazmie. Lepkie nitki ciągnęły się jak ser w pizzy i urywały nagle.