Zamęt

Człowiek jest plastikowym baniakiem.
Baniak jest duży i pusty w środku. Zamiast głowy ma lejek. W miejscu czoła widnieje napis „GORYCZ”. Przemierzamy świat, puste baniaki, chybocząc się na wietrze, dając mu się porwać. A na świecie panuje burza, wieczna ulewa. Zgadnijcie, co spada nam z nieba?

Baniaki szukają schronienia, każde rozpływa się jednak po paru minutach. Wszystko jest kruche, każda przyjemność obłudą, wieczna wydaje się być tylko gorycz i te chmury, i ciemność panująca w naszym szarym świecie.

W końcu człowiek wypełnia się goryczą. Wtedy czuje, że jest za ciężki, przystaje, nie może się ruszyć. A kiedy w końcu zrozumie, że to nie ma sensu – zaczyna rzygać. Wyrzucać z siebie światłą gorycz każdym możliwym sposobem. Pochyla się, kręci fikołki, często napieprza lejkiem w ścianę, licząc na jego zbicie. Ale to nie następuje. Baniak stwarza pozory lekkości i delikatności, ale wcale taki nie jest.

Puste baniaki są zbyt puste, by zrozumieć, że gorycz daje im światłość umysłu, umożliwiają pojęcie rzeczy niepojętych. Baniaki pełne, gdy docierają do momentu, gdy są już pełne, zaczynają rzygać. Nie mogą znieść wiedzy. Wiedza często boli.

A my podróżujemy po świecie, głupie baniaki.
Czekaj, bo nie pamiętam…
Ile to rozkładał się plastik?

Bądź przeciętny lub zgiń.

Najbardziej chujowy jest ten moment, kiedy myślisz sobie: „Whoa, ogierze, przystopuj trochę”. Najgorzej jest, gdy orientujesz się, że jest po prostu za dobrze. Wtedy nadchodzi problem egzystencjalny, wartości, wpajane przez rodziców od dziecka, pakują manatki, a ty zjeżdżasz na pobocze i nie wiesz co gorsze – wracać do wyścigu błyszczącego bezsensem, czy stać w miejscu i czekać na zbawienie?

Najgorsze momenty przychodzą znienacka, atakują cicho i niepostrzeżenie. Jedno zdanie wystarczy, aby moment stał się najgorszym. Jedno słowo, jeden gest – ba, nawet brak tego gestu. Wszędzie czyhają ukryte strzały wymierzone prosto w serce, czy – jak wolisz – w mózg i tylko czekają na konar, o który się potkniesz. A ja pochwalę się, że nie natrafiłem na konar. Natrafiłem na włócznię, na którą się nadziałem. Auć.
Najgorsze są te chwile, w których uświadamiasz sobie, że cały trud włożony w pracę, że wszystkie twoje starania były jedynie motorem napędowym twojej własnej porażki, a każda kropla potu przelana za sprawę nieuchronnie zbliżała cię do końca. Kiedy rozumiesz już, że robiłeś to po prostu za dobrze, byłeś zbyt dobry w momencie, kiedy trzeba było pozorować przeciętność. Najbardziej boli taka właśnie porażka. Bo jeśli ktoś się nie stara, ogólnie leje na to ciepłym moczem, to musi liczyć się z przegraną, że trybiki nieustającej machiny życioprzestrzeni zmielą go na pył. Jeśli jednak wylewasz z siebie siódme poty, nastawiając się na jedyny możliwy finisz – na wygraną – a spotyka cię kara za poświęcenie – to tak jakby w twoim złotym pucharze nie było szampana, tylko gnojówka. A więc wkurwiasz się porządnie, ciskasz nim o ścianę – a on rozbija się na kawałeczki. Okazuje się, że to nie złoto, że to tylko pomalowana porcelana. I wtedy ściska gardło, nie wiadomo czy żal, czy smród gnojówki. A tobie pozostaje usiąść na podium, skryć twarz w dłoniach i zacząć łkać. Podbiega brutalna rzeczywistość ze szklaną butelką prawdy w ręce i strzela cię przez łeb, a marzenia niczym gwiazdki w kreskówkach krążą nad głową. A gdy już jesteś oszołomiony, wolnym krokiem, niespiesznie, przychodzi czas, zjada cię, mieli w kiszkach starości i wysrywa na koniec jako nic więcej niż tylko sterta gówna, zwana powszechnie emeryturą. Szczęście, ten wiecznie zakamuflowany skurwiel, gdzieś ucieka, otaczają cię za to pech, zdrada, wyzysk i samotność, każde z kominiarką naciągnięta na szkaradny łeb. Gdzieś za tobą słychać szum, to z pewnością wypadek, a nad tym całym szajsem krążą ludzie, dla których twoje cierpienie jest tylko widowiskiem.
I wreszcie wyłania się spośród ciemności światło. Przychodzi śmierć, odziana w zachwycającą, białą suknię, z licem tak cudownie wykrzywionym uśmiechem. Podchodzi, patrzy troskliwie, wyciąga rękę.
Kochana śmierć.