Jesień i ja.

Kolejny epizod opisów zmian.

Nigdy nie lubiłem jesieni. Jako pora roku była zawsze taka… niegościnna – zimno, pochmurno, mokro… Nie znoszę uczucia wody wlewającej się do buta, a jako że nie zwykłem nosić kaloszy, doświadczam go nader często.
Do tego drzewa są gołe, trawa znika jak sen złoty, ulatnia się rozweselające słoneczko… Świat robi się taki polski. Taki pasujący do obrazu narodu. Tego prawdziwego obrazu, nie stereotypu. Bloki stają się jeszcze bardziej szare, pęknięcia płyt chodnikowych wyraźniejsze, katar przybiera na obfitości, a ptaszki przestają 'tirli tirli tirli’. Jakby tego było mało, miesiące jesienne pokrywają się z najgorszym, nastawionym w stu procentach na bezmyślną harówkę okresem w szkole. I jak tu lubić tę porę roku, jak tu ją doceniać? Nie wiem. Ale od dziś zacząłem to robić.

Teraz, gdy już stałem się silnym człowiekiem, jesień jest… Przeciwieństwem mnie. I to jest naprawdę budujące. Idę sobie ulicą, młody, genialny, siebiepewny i rad, a dokoła mnie dzieje się przykrość. Dzieje się płacz dziecka, dzieje się przenikliwy wiatr, lodowaty deszcz z uporem maniaka wciskający się za kołnierz, dzieją się latające kapelusze, torebki foliowe unoszą się, urbanistyczne meduzy… Spaliny pachną. Okna zawsze przez przypadek są brudne akurat wtedy, gdy na nie patrzę. Zacieki na ścianach blokowisk wychodzą tylko na chwilkę by się ze mną przywitać, by mnie choć troszkę zdołować. Horyzont prawiesłońcem typu chmurnego atakuje mnie swoją ciemnotą. Rzuca wyzwanie. Próbuje mnie pokonać, złamać jak tę gałązkę, która właśnie pękła pod moim butem. I nie udaje się to. I to jest właśnie piękne.

Idę sobie ulicą, młody, genialny, siebiepewny i rad, a wszystkie wyzwania nie tyle odrzucam, co po prostu przyjmuję i wygrywam w tempie zatrważającym. Pod butem trzeszczą zeschnięte liście, a każdy z nich to jeden człowiek, jeden czynnik, jeden zaciek, czy może jedna chmura, może nawet atom… Ważne, że trzeszczą mi pod butem. Gołodrzewa stały się jakby bardziej urokliwe. Machają do mnie tysiącem twarzy, wyrzygując czasami coś miłego, coś fajnego. I takie ładne są te drzewa. Takie kontrastowe w stosunku do mnie. Jestem kolorowy, jestem siebiepewny, lubię podnieść głowę i wypiąć pierś. Lubię zająć miejsce w autobusie nie zważając na dezaprobatologiczne spojrzenia przyprzystankowych staruszek. Lubię nie schodzić z drogi temu gościowi, co to idzie środkiem chodnika nie zważając na nikogo ani na nic. Kocham wręcz stać w kolejce po miesięczny, kocham patrzeć, jak oni na mnie nie patrzą. Jestem kolorowy, a jesień jeszcze bardziej to ukazuje.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.